Janusz na Plaży
- klipsfromtrips

- Nov 1, 2018
- 6 min read
Updated: Nov 1, 2018
Jak to czasem jedno, niezbyt pozytywne doświadczenie może zmotywować twórczo. Tym razem, do opisania wspomnień z wczasów nad morzem.

Lato, wakacje, przerwa od obowiązków, odpoczynek, relaks, pełnia szczęścia i radości, morze.
W tych krótkich słowach powinno się zawierać wszystko, co wiąże się urlopem letnim. Ale brakuje w tym lakonicznym opisie, jednego, małego słówka “niespodzianki”. Niespodzianki są przyjemne i nieprzyjemne. Wszystko zależy od punktu widzenia.
Pędzi ta Polonia do Ojczyzny utęskniona, zza mórz i oceanów: odpocząć, nahapać się tej polskości, aż do do cofki. Co poniektórzy wymyślają sobie dodatkowe atrakcje turystyczne, jak np. tradycyjne wczasy nad morzem naszym, Bałtykiem. Podróż na wczasy jest długa i uciążliwa. Lot - to przygoda sama w sobie, poślizg z samochodem - cztery godziny spóźnienia. Wreszcie załadowane auto walizami, ruszam w drogę.
Nie ruszam, flak w kole. Szukam stacji benzynowej, żeby napompować. Znajduję stację, tzn. wracam na lotnisko, bo tam jedyna, o której wiem, ze jest w okolicy. A tu znów stres, bo nie mam pojęcia, jak obsługuje się urządzenie do pompowania kół. Na szczęście pan z obsługi, ze zrozumieniem - obok lotnisko, pełno jakichś nieobytych przyjeżdża - pomaga, ustawia maszynę na odpowiednie ciśnienie i pompuje wszystkie koła dla pewności.
Wreszcie ruszam w trasę. Wiem, że będę nad morzem w środku nocy. Trudno. Plan oryginalnie był taki, żeby przyjechać do Gdańska, znaleźć jakiś hotel, przenocować, następnego dnia zwiedzić miasto i ruszyć dalej, do ośrodka wczasowego, gdzie zrobiłam rezerwację. Plan się obślizgł z deka.
Jadę autostradą i przez całą drogę na dnie mózgu myślę, co zrobić, gdybym złapała gumę. Drogi są coraz lepsze, coraz szybciej się przejeżdża przez Polskę, ale też autostrady są płatne i to sporo. Cena przejazdu autostradą do Gdańska z Warszawy kosztuje ponad 30 zł. Nic dziwnego, ze nie ma tam ruchu. Można jechać szybko, zwalnia się dopiero nad samym morzem. I dobrze, tam ma być sielsko, anielsko, niecywilizowanie i spokojnie. Świeże powietrze i spokój. Wzdłuż morza podróż jest, jak dawniej. Z wyjątkiem ilości aut na drodze. Korki jednak zniechęcają do wszystkiego. Zapada noc.
O północy docieram do Gdańska. Nie znam miasta. Zawsze powtarzam, ze najlepszym wynalazkiem XX w. jest duck tape i internet. Dzięki internetowi, znajduję natychmiast hotel, płacę i przesypiam noc. Duck tape jest po prostu ogólnie przydatna. Następnego dnia doganiam plan, rano ruszam na szybkie zwiedzanie miasta: zdjęcia, wrażenia. Ostatni raz byłam w Gdańsku jakieś 40 lat temu. Robiło wrażenie swoim pięknem, wystawnością i zamożnością. Teraz się jakby zmieniło. Albo się już nazwiedzałam w życiu i niewiele jest mnie w stanie zadziwić, albo miasto z deka podupadło, albo jedno i drugie.
W każdym razie cieszę się, że zwiedziłam Pocztę Gdańską, która wciąż funkcjonuje jako poczta w jednej części budynku i teraz jako Muzeum Obrony Poczty w 1939 r., w drugiej. Muzeum jest małe, ale przy wynajmie słuchawek z narracją, zeszło się ze dwie godziny albo i lepiej. Warto było.
Jadę dalej, na wczasy z wyżywieniem. Będzie bosko, mój plan, to codzienne, długie spacery po plaży, jazda rowerem po lesie. Mało tego, moja przyjaciółka zupełnie przypadkowo dekuje się na swoich wczasach opodal, raptem 20 minut jazdy autem. Biorę więc też pod uwagę ewentualność wynajmu roweru i dojazdu na nim, na spotkanie koleżeńskie nasze. Najważniejsze jest zawsze mieć plan.
Docieram na miejsce, rozpakowuje się w pokoju. Ośrodek to zaadoptowane dawne kwatery wojskowe. Stołówka, żarcie wyśmienite, atrakcje kulturalno-rozrywkowe co wieczór. Nic tylko wypoczywać. Po rozpakowaniu, zjedzeniu obiadku idę spać, żeby raźnie następnego dnia, zaraz po śniadaniu udać się na ten wymarzony spacer. Następnego dnia leje. Przekładam spacer na kolejny dzień.
Wreszcie słońce. Po śniadaniu idę na ten mój wytęskniony spacer plażą nad samiusieńkim morzem. Idę i gęba mi się śmieje, śpiewam, gdy ludzi nie ma, z resztą szum fal zagłusza, a i nikt mnie tu nie zna… jeszcze. :) No więc idę, z zegarkiem w ręku, półtorej godziny w jedna stronę i półtorej z powrotem, żeby o czasie na kolację zdążyć.
Wracam. A tu coś nie tak. Coś się popsuło. Ni z tego, ni z owego zaczyna mi doskwierać noga w kostce, im dłużej idę, tym bardziej boli. Kto się uczył biologii w podstawówce, ten wie, że "narząd nieużywany ulega zanikowi". Dlatego należy używać narządy swoje wszystkie. U mnie, najwyraźniej, z powodu permanentnego braku czynności chodzenia, elementy nożne się zdegenerowały i przy minimalnym wysiłku spacerowym, nawaliły. Ta noga napier… już, a nie tylko boli. Jakoś dokuśtykałam do ośrodka. Następnego dnia noga spuchnięta, boli. Kuśtyk, kuśtyk - na stołówce atrakcja ta moja noga. Wszyscy się pytają, co robiłam poprzedniego dnia. Chyba nie do końca wierzą, że od spaceru człowiek sobie nogę skręcił. Ja bym też nie uwierzyła.
Dwa dni kuśtykałam, w końcu pojechałam do Kołobrzegu, do szpitala na “ostry dyżur”. Przy okazji dowiedziałam się od pewnej młodej osoby, że nie ma określenia “ostry dyżur”, tylko “SOR”, a termin “ostry dyżur” to najwyżej w filmach (?). Szczęśliwie noga była zwichnięta, nie złamana. Obawiałam się złamania starczego z osteoporozy.
Na SOR’ze zostałam wstępnie otoczono czułą opieka (bez ironii) innych pacjentów i zepitetowana od “grzecznych dziewczynek” przez administracje. Swoje lata mam, więc może to był regionalny komplement? Lekarz wprawnym okiem zdiagnozował zwichnięcie stawu skokowego kończyny dolnej, podczas spaceru plażą przy brzegu morza w Mrzeżynie i tak samo wprawna ręką zabandażował stopę, wyrokując następne 3-5 dni kuśtykania jeszcze. Tak było.
Jak juz miałam zabandażowaną nogę, a i tak musiałam znaleźć w Kołobrzegu aptekę, celem zakupu Altacetu, uznałam, ze grzechem byłoby niezwiedzenie miasta. Kołobrzeg jest ładny. Może kiedyś go zwiedzę uczciwie.
Tym sposobem moje piękne plany spacerów i jazdy rowerem wzięły w łeb, bo jak już noga jako tako funkcjonowała, to zaczęło lać, a potem był koniec turnusu. Z koleżanka oczywiście się spotkałam, przy pogodzie mocno sztormowej - w końcu nad morzem się jest. Nagadałyśmy się, naśmiałyśmy, podziwiałyśmy pingwiny na plaży. Że koleżanki mama miała problem z kolanem w przeciwnej do mojej nodze, to żeśmy radośnie kuśtykały razem, chybocząc się w przeciwnych kierunkach, pilnując jednocześnie by się głowami nie zderzyć niechcący.
W przerwie miedzy deszczami, udałam się tempem ślimaczym na plażę, celem zalegnięcia stacjonarnego, jako że przemieszczanie się na nogach w celach spacerowych nie wchodziło chwilowo w grę. Marzyła mi się lektyka…, niesiona przez czterech przystojnych, jasnowłosych Wikingów… Bez wyobraźni nudno jest. Po plaży człapał, zmordowany, spocony chłopak i sprzedawał popcorn, a gdzie się podziały lody Bambino?! Kto wchrzania popcorn w upal? Może się nie znam. Usług lektykarskich na plaży nie ma. Musiałam się sama dokuśtykać, gdzie chciałam. Chodzenie ze skręconą noga jest ciężkie, a po piachu - wybitnie wręcz trudne. Szłam bardzo, ale to bardzo powoli, chybocząc się z prawa na lewą, co jak zauważyłam wzbudzało pewne zainteresowanie wśród znudzonych turystów plażowych. Granice miedzy nudą a relaksem na plaży zacierają się, zwycięża duch lenistwa. Ale nie u wszystkich.
Gdy już znalazłam miejscówkę oddaloną od zgiełku plażowiczów absolutnie leniwych, czyli tych, co rozkładają się zaraz przy zejściu na plażę lub/i najbliżej możliwie do budki z piwem i zagrychą, rozstawiłam leżak i zaległam rozkoszując się spokojem, szumem fal, błękitem nieba, ciepłym piaseczkiem i tą błogą świadomością, że teraz, na tą chwilę, mogę sobie pozwolić mieć wszystko w dupie i ta chwila będzie trwała aż do kolacji, czyli z godzinę. Wieczność.
Aż tu nagle Janusz! Widziałam w internecie memy o Grażynach i Januszach, ale żeby taki własny, w realu, to dopiero trzeba mieć nie-farta. Na dodatek, wbrew memowej opinii, Janusz ten był całkiem niestary. Mało, gdyby nie to, że Janusz, to można by nawet się za nim obejrzeć wręcz na ulicy. Januszostwo jest jednak niestety dyskwalifikującą przypadłością.
Leżę sobie na leżaczku - uznałam, że leżak jest niezbędny, bo z pozycji poziomej bym się o włanych siłach, na jednej nodze nie podniosła - chyba. Teraz, gdy to piszę i analizuję z perspektywy sytuację, myślę, że gdybym zaczęła od obrotu na bok, a potem odwłokiem w kierunku nieboskłonu, wspierając się na rekach, to jednak udałoby się. A i zapewne na popularności bym zyskała lokalnie.
Nie wpadłam na to wtedy, dlatego siedziałam na leżaczku. Oczy przymknięte, wpadam w stan nieważkości, może przysypiam. Aż tu nagle, ki-h**j!? Jak mi coś nie świśnie prawie nad głową, jak mi coś nie piśnie do ucha. Otwieram oczy, i klnę pod nosem… nie inaczej. Patrzę, a tam jeden mały człowieczek, w odległości jakichś dwóch metrów ode mnie, kopie piłkę do swojego, uroczego, dorosłego przecież tatusia, w gustownej czapeczce, stojącego “na bramce” trochę dalej, może z 5 metrów ode mnie. Mały człowieczek za każdym kopnięciem piłki, ale i bez tego, przeszywa powietrze wibrującym piskiem, zawierającym jakieś słowa. Trudno jest się rozeznać przy tak wysokiej częstotliwości dźwięków. Tatuś radośnie, odpowiada stonowanym - na szczęście - głosem i precyzyjnie (dzięki Bogu) odkopuje piłkę. Piłka leci na tyle blisko, że czuję na twarzy powiew powietrza.
No nic, myślę pozytywnie, pewnie w międzyczasie nazłaziło się plażowiczów, bo lało do tej pory, to i każdy stęskniony tej plaży. Wyległ naród się relaksować plażowaniem. Tłok się zrobił. Za blisko wejścia na plażę się najwyraźniej rozłożyłam. Siadam prosto na leżaku, rozglądam się oszacować tłum i cholera jasna pusto jak było tak jest, z wyjątkiem Janusza i ska.
Hektary piachu plaży dookoła, jak okiem sięgnąć, ale taki Janusz - w jakiejś bojaźni nieznanego terenu może - zainstaluje się zaraz obok. Po czym wyciągnie piłkę do nogi, flaszkę - jak ma - i żonglując jednym i drugim będzie rzucał tą piłka nad głowami przygodnym ludziom. Żeby nie było miejsca, zawalona plaża, dzieciak marudzi - rozumiem. Ale pusto jest. Dlaczego Janusz musi komuś wleźć na głowę? Czy jest to dewiacja Syndromu Kolejkowego (to taki stan, gdy w kolejce osoba z tyłu dyszy w szyje i depcze po piętach, przy przesunięciu się o krok, lub dwa w bok, osoba taka przesuwa się również w ten sam bok i o tę samą odległość, zachowując te same proporcje względem pleców osoby przed nią)?
Telefon okazał się bardzo poręcznym narzędziem. Choć miałam ochotę, nie użyłam go do rękoczynu, a jedynie do robienia zdjęć, tudzież nagrywania video z rozrywki Janusza. Wysiłek przy tym był żaden, gdyż “boisko” Janusz zrobił sobie na wprost przede moim nosem.
I ta słoma z butów po tej plaży się za Januszem tak “ciągła”.




































Comments